Translate

sobota, 30 sierpnia 2014

ROZDZIAŁ V

  Dzwonek telefonu wyrwał mnie z transu papierkowej roboty. Spojrzałam leniwie na wyświetlacz telefonu. Ann.
- Cześć Isabel, o której kończysz pracę?
- Hej, dzisiaj o piętnastej.
- O no to świetnie się składa, bo ja właśnie kończę, to może umówiłybyśmy się u mnie w restauracji jak wyjdziesz? Zjadłybyśmy tam obiad i od razu pogadały o tym mieszkaniu i w ogóle.
- No to niezły pomysł. W takim razie wpadnę od razu po pracy. A teraz przepraszam cię, ale muszę wracać do tych tłumaczeń…
- W porządku to nie zawracam ci głowy, jesteśmy umówione. Buziaczki! – pożegnała się wesoło i rozłączyła. Mnie zostało wrócić do tego, czego tak bardzo nie lubiłam. Poprawianie tekstów, tłumaczeń, niesamowicie nużące zajęcie. Tak bardzo, że aż powieki powoli zsuwały się mi na oczy, a ja nie potrafiłam już myśleć o niczym innym tylko o spaniu. Podniosłam głowę i popatrzyłam na duży okrągły zegar karmelowego koloru, który wisiał nad niewielką półeczką na śnieżnobiałej ścianie mojego gabinetu. Czternasta dwadzieścia dwie. Całe szczęście, już niedługo koniec męczarni. Nie mogę się doczekać, aż w końcu będę mogła stąd wyjść. Zostawić te wszystkie stosy kartek. Mieć trochę dla siebie. Pierwsze, co zrobię, to zamówię u Ann kawę. Mocną, na rozbudzenie, bo zaraz naprawdę usnę. A teraz szybko skończę to, co mam do skończenia, a przynajmniej spróbuję zrobić to dość szybko.

  Wreszcie. Równa piętnasta wybiła na moim zegarze. Odłożyłam skończone teksty na jedna stertę, a z drugiej wzięłam kilka kartek i schowałam do teczki. Wygląda więc na to, że w domu również nie będę się nudzić.
Włożyłam wszystko do torby, przewiesiłam przez ramię i udałam się do wyjścia z pomieszczenia, a następnie skierowałam się w lewą stronę i szłam prosto całkiem długim, chłodnym korytarzem. Jego ściany były barwy lekko kremowej w niektórych miejscach wykładane drewnianymi mahoniowymi deskami, które świetnie wkomponowywały się w wystrój całego budynku. Mijałam wiele drzwi, za którymi to swoje pracownie mieli różni korektorzy, edytorzy i przede wszystkim tłumacze. Na tabliczkach tam zawieszonych były napisane ich nazwiska oraz języki obce, którymi się zajmowali. Widziałam przeróżne języki świata, gdzieś w oczy rzucił mi się nawet chiński. Przemierzając korytarz szczerze współczułam osobom, które nadal musiały tu siedzieć i poprawiać stosy różnych tekstów. Czasami bywało to naprawdę męczące, w kółko to samo, ciągłe tłumaczenie, poprawianie i tak znowu i znowu przez cały dzień. O wiele bardziej wolałam spotkania, przy których potrzebna była pomoc kogoś, kto mógłby pozwolić obu stronom na swobodne rozumienie się itp. Albo zajmowanie się jakimiś reklamami, coś w tym stylu.
Zjechałam ruchomymi schodami i przeszłam przez duży hol. Już miałam wychodzić, kiedy zatrzymała mnie sekretarka.
- Pani Neumann! – odwróciłam się w stronę kobiety. – Pan Braun prosił, żeby zaglądnęła pani jeszcze na chwilę do jego gabinetu – ciekawe, o co chodzi, może o to spóźnienie? No, ale przecież to tylko pięć minut… Skierowałam się do gabinetu szefa. Delikatnie zastukałam w drzwi i usłyszałam zaproszenie do środka. Nacisnęłam chłodną klamkę, weszłam powoli i ostrożnie. Pan Braun siedział przy swoim biurku i przeglądał jakieś dokumenty. Gdy tylko usłyszał w pomieszczeniu moje kroki podniósł wzrok i promiennie się uśmiechnął. Dzięki Bogu. To znak, że to, co chce mi przekazać jest wiadomością pozytywną. Kamień spadł mi z serca.
- O Isabel, dobrze, że jesteś. Mam dla ciebie informację, otóż już niedługo charakter twojej pracy nieco się zmieni. No, ale proszę usiądź sobie – posłusznie wykonałam polecenie. Weszłam w głąb gabinetu i usiadłam na dość twardym fotelu obitym beżowym materiałem imitującym skórę. – No, więc teraz do rzeczy. Jak powiedziałem, mam dla ciebie nowe zadanie. Pewnie słyszałaś o tym, że od przyszłego sezonu Bayern będzie prowadził nowy trener, Josep Guardiola, Hiszpan. A ja wiem doskonale jak jest z twoimi preferencjami. Widzisz, pan Guardiola przez ostatnie miesiące uczył się naszego języka, ale wiadomo, że mimo wszystko ma jeszcze problemy. W tej sprawie właśnie zwracam się do ciebie. Ostatnio bardzo dobrze poradziłaś sobie na konferencji przedmeczowej, a ja dostałem prośbę od władz klubu o przesłanie im dobrego tłumacza, który pomagałby panu Guardioli. Myślę, że ty nadawałabyś się do tego idealnie, z twoimi perfekcyjnymi znajomościami obu języków. Co ty na to? – zatkało mnie. Czy ja właśnie dostałam propozycję pracy z jednym z najlepszych trenerów świata? To byłoby niesamowite. I w końcu oderwałabym się choć trochę od poprawek tekstów. Ale… Jest jeszcze druga strona medalu. Praca w tym klubie. W TYM klubie. A co za tym idzie, praca w gronie tych wszystkich piłkarzy… Schweinsteigera.
- Jejku – wymsknęło mi się. – Zaskoczył mnie pan. To… To byłaby naprawdę wielka przyjemność pomagać panu Guar… - Nie zdążyłam dokończyć nawet połowy zdania, kiedy to szef momentalnie mi przerwał.
- No to bardzo się cieszę! W takim razie już dzwonię do władz klubu i mówię, że mam dla nich idealną osobę! Ale, Isabel, żeby była jasność – to, że zostaniesz teraz tam tłumaczką wcale nie oznacza, że my się rozstajemy. Nadal będziesz pracowała tutaj dla nas, tylko oczywiście o wiele mniej.
- Tak, tak, rozumiem doskonale – Nie myślałam już o tym gdzie dokładnie będę pracowała i w jakim środowisku. Przecież taka szansa może się zdarzyć raz w życiu. Nie chcę jej zmarnować. Skoro mam okazję, to ją wykorzystam.

  Rozmawiałam jeszcze przez chwilę z panem Braunem, wyjaśnił mi kilka spraw, a resztę zostawiliśmy na następny dzień. Teraz szłam ruchliwą ulicą Monachium oglądając płynące powoli po błękitnym niebie obłoki i ciesząc się sama do siebie. W końcu będę robiła to, co zawsze chciałam robić. I to dla takiego człowieka. Miałam przyklejony do twarzy uśmiech. Przemierzałam szybko ulice, a obcasy moich kremowych szpilek rytmicznie uderzały w chodnik wyłożony szarą kostką. Kilkanaście metrów przede mną rósł już wielki budynek galerii handlowej. Po kilku minutach byłam już w środku i właśnie wchodziłam do restauracji, gdzie czekała na mnie Ann. Stała przy ladzie i rozmawiała ze swoją koleżanką, ale gdy tylko mnie zobaczyła podbiegła uśmiechnięta. To było coś, co w mniej uwielbiałam. Zawsze podchodziła do życia z optymizmem, a jej uśmiech potrafił leczyć. Dawniej, jak byłyśmy jeszcze nastolatkami, kiedy tylko miałam gorszy dzień ona zawsze potrafiła to zmienić.
- Przepraszam cię kochana, ale szef mnie chwilę zatrzymał. Nawet nie uwierzysz, co mi zaproponował.
- Nic się nie dzieje, lepiej chodź usiądźmy i wszystko mi opowiesz. Chodźmy tam – wskazała ręką i pociągnęła mnie za sobą. Usiadłyśmy w kącie przy stoliku z jasnego drewna, który był pokryty śnieżnobiałym obrusem. Ann zaproponowała, żebyśmy najpierw zjadły obiad, o czym ja na śmierć zapomniałam. Przeglądnęłam szybko kartę dań i wybrałam spaghetti.
- To teraz zamieniam się w słuch, opowiadaj, co takiego się stało.
- Jejku, od czego by tu zacząć. Szef zawołał mnie dziś do siebie po pracy. Już myślałam, że dostanę jakąś naganę czy coś, bo spóźniłam się trochę rano. Ale nic podobnego, a kiedy usłyszałam, o co chodzi to mnie zamurowało. Zaproponował mi pracę bezpośredniego tłumacza. Jest tylko jeden mały problem… Bo to ma być praca w Bayernie Monachium… - lekko się skrzywiłam na tą myśl. Przyjaciółka też się skrzywiła, ale raczej dlatego, że uważała, że zupełnie przesadzam i jestem zbyt uprzedzona, szybko więc dodałam kolejne zdanie na ten temat – No, ale co tam, dla takiej oferty mogę to przeboleć. Będę pomagać Pepowi Guardioli!
- Żartujesz? Bella nawet nie wiesz jak się cieszę, gratulacje!
- Dziękuję, ja też się cieszę, mimo wszystko się cieszę – bo taka właśnie jest prawda. Mimo tego, że będę pracowała dla klubu, którego nie trawię, to i tak jakoś dziwnie nie czuję żadnych negatywnych emocji. Cieszę się bardzo, że trafiła mi się taka okazja.

***

  Poczułem intensywny zapach kawy. Kelnerka właśnie przyniosła moje zamówienie. Nie czekałem długo i wziąłem głęboki łyk z nadzieją, że to pozwoli mi w końcu wrócić normalnie do rzeczywistości. Co ta dziewczyna ze mną zrobiła? Nigdy nie czułem się choć w najmniejszym stopniu tak jak dziś. Czułem się pusty, wybrakowany, jakby ktoś wyjął część mnie. To chore. Żeby w ciągu dwóch dni jakaś obca osoba tak mną wstrząsnęła. Niewyobrażalne.
- Ej, zombie, słyszysz mnie? Halo, ziemia do Bastiana – z rozmyślań wyrwał mnie głos Holgera, który właśnie machał mi dłonią przed oczyma.
- Słyszę – mruknąłem i znów sięgnąłem po kawę. – Co mówiłeś? – podniosłem lekko wzrok i zauważyłem, że przyjaciel patrzy na mnie z politowaniem.
- Co z tobą?
- Nic. Nie wiem.
- Coś się stało? Rano byłeś w skowronkach i nie zwracałeś uwagi na cały świat, teraz siedzisz przybity i nadal nie kontaktujesz – westchnąłem. Nic nie odpowiedziałem tylko znów wypiłem łyk czarnej i gorzkiej kawy. Chwyciłem w place chłodną srebrną łyżeczkę i zacząłem się nią bawić. W głowie powoli zaczynały pojawiać mi się jakieś myśli. Trzeba się w końcu ogarnąć. Koniecznie. Weź się w garść, Bastian. Nie zachowuj się jak dzieciak.
- A słyszałeś, Thomas z żoną planują jakiegoś grilla na weekendzie.
- No coś tam mi wspominał, ale jeszcze nie wiem czy pójdę.
- W sumie to ja też jeszcze nie wiem, ale myślę, że tobie by się przydało – mimowolnie zaśmiałem się. On serio patrzył na mnie jak na zombie, ewidentnie w myślach miał ze mnie ubaw, z tego jaki nieogarnięty byłem. Uśmiechałem się jeszcze przez chwilę pod nosem i bawiłem się niewielką srebrną łyżeczką. Czułem się lepiej. Chociaż nadal nic mi się nie chciało. Wziąłem do ręki jakąś kolorową broszurkę, która leżała z boku stolika i wetknąłem w nią nos. Przejechałem wzrokiem po kilku linijkach tekstu na temat jakiegoś jedzenia i odrzuciłem kartkę z powrotem na obrus. A on wciąż patrzył na mnie jak na kretyna.
- No co, bezsensowne rzeczy tu piszą – Chłopak wziął broszurkę do ręki i komicznym głosem przeczytał kawałek opisu jakiegoś wydziwionego dania. – Widzisz? Bezsens, bezsens i glupota.
- Nie no, ja tam bym chętnie takie coś zjadł.
- Ohyda. Równie dobrze mogliby zacząć podawać ślimaki na ryżu w sosie karmelowym – oboje zaczęliśmy się śmiać. Ale taka była prawda. – Dobra stary, czuję potrzebę, zaraz wrócę – wstałem od stolika i skierowałem się w stronę dużych drewnianych drzwi z równie dużym napisem WC pośrodku. Po skorzystaniu z toalety nabrałem na dłonie mydła o nieznanym mi dotąd, ale ładnym zapachu, po czym wymyłem je i powolnym krokiem znów przez drewniane drzwi udałem się do stolika. W międzyczasie poczułem, że przyszła mi wiadomość na telefon, z nim więc w ręku i z zatopionym w ekranie wzrokiem leniwie osunąłem się na krzesło. Już zacząłem czytać sms-a aż w momencie…
- No dzięki – przeniosłem pytający teraz wzrok na Holgera. – Takie widoki mi zasłoniłeś.
- Haha, jakie znowu widoki? – śmiejąc się z kumpla odwróciłem się i błyskawicznie coś się we mnie zmieniło, kiedy oczyma napotkałem te jego „widoki”. To był nie kto inny tylko Isabel. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz