Translate

wtorek, 8 lipca 2014

ROZDZIAŁ IV

  Choć nie minęło wiele czasu ja już byłam bliska podniesieniu się z ławki i podejściu do faceta, który zrobił sobie parking centralnie przede mną. Naprawdę niewiele brakowało, a poszłabym się kłócić. Wyprowadzenie mnie z równowagi to nie była specjalna sztuka, a w takie dni jak dzisiejszy, to już w ogóle nie było o czym gadać. Wystarczył byle jaki błahy powód aby moją złość podnieść do maksimum.
  W pewnym momencie szyba od strony pasażera powoli osunęła się na dół, a kierowca pochylił się i wtedy… Nie. Nie wierzę. Czy może stać się w ten dzień jeszcze coś gorszego?
- Potrzebujesz podwózki? – wyszczerzył się Schweinsteiger.
- Nie.
- Jesteś pewna?
- Jak niczego innego – odpowiedziałam oschle.
- No, a ja myślę, że jednak będziesz musiała skorzystać chyba, że chcesz tu siedzieć przez kolejną godzinę i marznąć – powoli zlustrował mnie wzrokiem, kiedy ja popatrzyłam na niego pytająco. O czym on gada? – Z tego, co się orientuję to autobus, na który czekasz został do końca tygodnia anulowany – momentalnie odwróciłam się i spojrzałam na tablicę informacyjną wiszącą nad rozkładami jazdy. Na niewielkiej karteczce widniał napis, że linia, którą jeździłam jest wyłączona z ruchu na kilka dni. Jak ja mogłam tego nie zauważyć? Mimowolnie walnęłam się ręką w czoło całkowicie zapominając, że piłkarz nadal bacznie mnie obserwuje. – To co? Wsiadasz?
- Chyba nie mam wyjścia… - poczłapałam do „cosia” z lekkim grymasem na twarzy. Otworzyłam drzwi i usiadłam na fotelu wyłożonym białą tapicerką, który nie powiem, był bardzo wygodny. Zapięłam pas i powoli odwróciłam się w stronę Schweinsteigera, kiedy on nadal głupkowato się szczerzył. – Sytuacja awaryjna, nie przyzwyczajaj się – nie przestawając się uśmiechać pokręcił tylko głową, zatopił wzrok w przedniej szybie i ruszył. W sumie to on może nie był wcale taki najgorszy, w końcu jakby nie patrzeć to drugi raz ratował mi tyłek. Jednak nic nie zmienia faktu, że gość nadal mnie irytował.
- A jak samopoczucie po… Znaczy wiesz, twarz i w ogóle?
- Lód pomógł.
- Cieszę się – i wtedy chyba pierwszy raz się do niego uśmiechnęłam, bo to co zrobił było miłe, zapytał delikatnie nie chcąc przeciągnąć struny, po wczorajszym już wiedział jak mogę na to wspomnienie zareagować. Wczoraj przesadziłam, ale byłam już totalnie wyprowadzona z równowagi. I chyba trochę niepotrzebnie się uniosłam. A jego mimo to nadal interesowało jak się czuję. Uśmiech sam wcisnął mi się na twarz. Nie odezwałam się już jednak nic więcej tylko obserwowałam, co dzieje się na drodze. Po chwili przeniosłam wzrok na niego, patrzyłam, z jaką uwagą zmienia biegi i z jaką lekkością oraz spokojem prowadzi. Zawsze mnie to fascynowało, choć sama bałam się jeździć i nigdy nie zrobiłam prawa jazdy, bo to wszystko wydawało i nadal wydaje mi się niesamowicie skomplikowane. Jednak dla niego to była bułka z masłem.
- Co się tak przyglądasz?
-Próbuję zrozumieć zasady używania skrzyni biegów – kiedy wymówiłam dwa pierwsze słowa on momentalnie przerzucił wzrok z jezdni na mnie, a początkowe zdziwienie namalowane na jego twarzy przerodziło się w rozbawienie.
- A co tu jest takiego dziwnego, czego nie rozumiesz?
- Nieważne – no tak, jeszcze tego mi brakowało, żeby zrobić z siebie kabaret.
- Dlaczego nie?
- A tak?
- Mógłbym ci wytłumaczyć.
- Dzięki, nie potrzebuję – nie potrzebuję, żeby jakiś cwaniaczek się ze mnie nabijał, niech już lepiej zajmie się jazdą. Odwróciłam się do okna i zauważyłam znajome budynki, oszklone biurowce, tłumy ludzi goniących w tę i z powrotem. Centrum. Co za ulga. I na szczęście chociaż teraz mój pech się nie wtrącił i nie złapaliśmy gumy gdzieś po drodze. To byłaby już kompletna katastrofa.
Wjechaliśmy w ulicę gdzie zawsze zatrzymywał się autobus, którym to jeździłam.
- Przystanek.
- Słucham?
- Mój przystanek. Możesz mnie już wysadzić.
- Nie bądź śmieszna, przecież nie będę cię zostawiał na przystanku skąd masz jeszcze dojść, kiedy spokojnie mogę odwieźć cię pod same drzwi.
- No no, cóż za gentleman – zaśmiałam się.
- Wystarczy Bastian – dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że nawet nie wiedzieć kiedy przeszliśmy na „ty”. Wyciągnął rękę w moją stronę.
- Isabel – uśmiechnęłam się lekko i popatrzyłam w jego oczy, takie radosne. Złapałam się na tym, bo on też patrzył w moje. Odwróciłam wzrok i zorientowałam się, że jesteśmy już na miejscu. Zatrzymał się. Faktycznie pod samymi drzwiami. Ciekawe czy zawsze robi to, co mówi.
- No to dziękuję za podwózkę.
- Nie ma sprawy – odpięłam pas i otworzyłam drzwi, a następnie wyszłam z auta, i skierowałam się w stronę biura, kiedy to usłyszałam jeszcze za sobą klakson. Przewróciłam oczami i oglądnęłam się za siebie. – To jutro o tej samej pod przystankiem?
- Mówiłam, żebyś się nie przyzwyczajał.
- Jakoś musisz dojechać.
- To już twój najmniejszy problem – rzuciłam mu tylko na do widzenia i udałam się do ogromnego budynku.

***

  Patrzyłem jak kobieta ubrana jedynie w lekką kanarkową sukienkę – jak ona w ogóle wyszła tak z domu w taką pogodę? – i oczach barwy oceanu – najpiękniejszych jakie w życiu widziałem – zbliża się powoli do drzwi i znika w środku, znika z moich oczu. A wraz z nią znika coś jeszcze… Stałem jeszcze przez chwilę w tym miejscu i nie mogłem pozbierać myśli. Miałem pustkę w głowie. Czułem się jakbym utonął w oceanie jej oczu. Były takie głębokie. Niesamowite.
  W końcu spojrzałem na zegarek, który mówił mi, że to już pora treningu. Pojechałem tam, ale chyba wyszłoby na to samo, kiedy w ogóle bym się nie pokazał. Nie kontaktowałem. Trener krzyczał tylko, popędzał mnie, ale nic. Nawet, jeśli na chwilę reagowałem, to zaraz znowu odpływałem. Holger powiedział mi, że wyglądam jak zombie, ale tak się chyba zachowywałem. Co najgorsze, to cały trening niesamowicie się dłużył, a więc byłem bardzo szczęśliwy kiedy trener w końcu kazał nam iść do domów. Ale jeśli myślałem, ze to coś da – nic bardziej mylnego. Tu też kręciłem się tylko w kółko, włóczyłem z pokoju do pokoju i nie mogłem znaleźć sobie żadnego zajęcia. W końcu wziąłem telefon i wykręciłem numer.
- Co stary?
- Robisz coś teraz?
- Nic specjalnego.
- Wyskoczymy gdzieś?
- Jasne! Akurat jestem jeszcze na mieście to podjadę za piętnaście minut.
- Dzięki, narazie.
Całe szczęście. Nie wytrzymałbym tu dłużej sam. Potrzebuję gdzieś wyjść. Może to mi coś da. A najpierw mocna kawa, najmocniejsza, na przebudzenie.
Minęło kilkanaście minut, kiedy w moim domu rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Holger. Wcześniej niż myślałem. Założyłem buty i wziąłem pierwszą lepszą kurtkę, nie dbałem o nic, chciałem jedynie wyjść i w końcu dotlenić umysł.
  Pojechaliśmy do jakiegoś centrum, do jakiejś restauracji gdzie ponoć robią dobrą kawę, taką, jakiej mi teraz trzeba było. Zajęliśmy jakiś stolik w kącie gdzie my byliśmy prawie incognito, ale za to widzieliśmy wszystko inne dookoła.
- Kawiarnia? Kiedy pytałeś czy gdzieś wyskoczymy myślałem, że chodzi ci o jakiś klub czy coś. Ale kawiarnia? – zapytał z niedowierzaniem Holger lustrując tępo menu.
- A co może lepiej rozbudzić niż kawa?
- No wiesz…
- To odpada. Nie po to tyle pracowałem na to żeby trener w końcu znów mnie zauważył, aby teraz zepsuć to w jeden dzień – faktycznie, dość długo wracałem do formy i kiedy już zaczęło się robić dobrze, to znowu nawalam.
- To nie trzeba było balować i zarywać nocy, panie zombie. 
- Nie zarywam nocy…
- To co za magiczna moc sprawia, że jesteś taki nieobecny? – widocznie jego to bardzo śmieszyło. Ma chłopak szczęście, że właśnie podeszła do nas kelnerka z zamiarem zebrania od nas zamówienia.
- Najmocniejsza kawa, jaką tylko macie – popatrzyła na mnie dziwnie, ale nie obchodziło mnie to. Nie słuchałem już nawet, co mówią, ona i Holger. Teraz jedynym, o czym marzyłem był łyk czegoś, co da mi kopniaka. Mocnego kopniaka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz