Translate

wtorek, 24 czerwca 2014

ROZDZIAŁ III

 Siedziała niespokojna na brzegu czarnej kanapy w moim salonie nerwowo stukając butami w drewnianą podłogę i rozglądając się dookoła, a ja w tym czasie grzebałem w zamrażalniku, w poszukiwaniu lodu. Dotykała lekko swojego policzka, który powoli nabierał czerwonej barwy. W głowie mi się nie mieściło jak ten facet mógł ją w ogóle tknąć. Byłem ciekawy, co takiego tam się stało. Oboje wyglądali na nieźle wkurzonych, a ona patrzyła na niego z ogromnym obrzydzeniem.
   W końcu znalazłem odpowiedniej wielkości kawałek zamrożonej wody i owinąłem go w niewielki ręcznik, po czym podszedłem do niej i podałem zimną bryłkę. Usiadłem naprzeciwko niej i ostrożnie, ale zarazem uważnie się jej przyglądałem. Pod jej zaczerwienionym okiem powoli malowała się fioletowa już plama. Miałem jednak nadzieję, że nie wyniknie z tego nic poważnego.
- Dziękuję – powiedziała cicho. – Jeszcze raz.
- A ja jeszcze raz odpowiem, że nie masz za co. Przecież nie mogłem się zachować inaczej – podniosła wzrok i nasze oczy się spotkały, jednak po tym bardzo szybko odwróciła głowę w lewo. Widziałem, że jest spięta, to w sumie nie dziwne.
- No a… A jak tam mecz?
- Bardzo dobrze, już powoli traciliśmy szansę na awans, ale w końcu, w drugiej połowie wszystko odrobiliśmy i oto jesteśmy dalej, witaj półfinale! – powiedziałem z wielkim uśmiechem, tak, tak, za bardzo się wczułem, ale samo tak wyszło, no jak mogłem się nie cieszyć? Za to ona raczej niezbyt była z tego faktu zadowolona, spojrzała na mnie jedynie z niedowierzaniem i mruknęła cicho, że „to fajnie”, choć i tak wiedziałem, że to tylko tani blef. Aby nie poddać się niezręcznej ciszy zmieniłem temat. - Może chcesz się czegoś napić? – szybko pokręciła głową w wyraz odmowy. Chciałem zrobić coś, żeby się trochę rozluźniła, ale nijak mi to wychodziło, a za chwilę spieprzyłem sprawę jeszcze bardziej, bo bez zastanowienia walnąłem to, co było przyczyną mojej wielkiej ciekawości, która zżerała mnie od środka. – Co to był za facet? – od razu tego pożałowałem…
- Słucham?
- Kto to był i dlaczego ci to zrobił?
- Wiesz co, bardzo szanuję to co dla mnie tam zrobiłeś, ale to nie jest chyba powód, żebyś wszystko wiedział. Taka mała rada na przyszłość, nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy – wkurzyłem ją. Znowu. Oderwała ręcznik z lodem od policzka i ostro położyła na stole, po czym wstała i szybko skierowała się w stronę drzwi. Nie zdążyłem nawet nic powiedzieć, kiedy ona już zniknęła z mojego domu. Teraz byłem jedynie w stanie zobaczyć przez okno jej drobną sylwetkę oddalającą się i pogrążającą w mroku. Do cholery, Bastian, kretynie! Naucz się w końcu trzymać język za zębami.

***


   Bezczelny. Jak wszyscy. Wszyscy tacy sami, powinnam się w końcu nauczyć. Nie dość, że Marco wyprowadził mnie z równowagi, to teraz jeszcze on.
Idąc szybko w stronę domu przeklinałam się w myślach, że w ogóle pozwoliłam, aby doszło do tego wszystkiego. Przecież doskonale wiedziałam, jaki jest Marco, więc po co, głupia, jeszcze zaprosiłam go sobie do domu. Tak bardzo chciałam się w końcu odciąć od tej beznadziejnej przeszłości, zacząć wszystko od nowa, ale musiało się stać jak zwykle. Na przywitanie znowu dostałam od losu kopa w dupę, w moim przypadku nie na szczęście.
   Pospiesznym ruchem wyciągnęłam z kieszeni granatowych seansów klucze od drzwi domu, przekręciłam je w zamku i weszłam do środka. Udałam się na górę do łazienki, bo teraz jedyną rzeczą, która mogłaby pomóc mi trochę odetchnąć jest gorąca kąpiel. Napuściłam wody do dosyć dużej białej wanny i wlałam stanowczo za dużo wiśniowo-porzeczkowego olejku do kąpieli. Zsunęłam spodnie, zdjęłam karmelowy sweterek oraz bieliznę i nie dbając o żaden ład rozrzuciłam wszystko po łazience, a następnie powoli włożyłam nogi do wanny by po chwili cała się zanurzyć. Cieplutka i pachnąca woda delikatnie opływała moje rozgrzane ze złości ciało powoli mnie kojąc. Chyba jedynie taka właśnie kąpiel potrafiła sprawić, że się odprężałam. O tak, tego było mi trzeba. Teraz mogłam sobie jeszcze raz wszystko na spokojnie, a przynajmniej spokojniej niż normalnie, przeanalizować. Wszystko od samego początku.
   Marco. Poznałam go niedługo po tym jak przeprowadziłam się tutaj do ciotki. Był typem buntownika, nic go nie obchodziło. Dla niego problemy nie istniały, a jeśli już, to zawsze miał na nie jeden niezastąpiony sposób - urzywki. Typowy bad boy, a ja miałam dziwną słabość do takich. Imponował mi jego styl bycia. Miał w sobie coś, co tak bardzo mnie do niego przyciągało, coś, czemu nie potrafiłam się oprzeć, a on doskonałe o tym wiedział i potrafił wykorzystać w całości, do zera. A ja byłam tak niesamowicie głupia i naiwna... Nadal jestem, dziś dałam temu doskonały przykład. Nie potrafiłam odmówić, powiedzieć stanowczego nie. Nie odmówiłam, kiedy dzwonił. Zgodziłam się na to spotkanie, choć dobrze  wiedziałam, że to nie może się dobrze skończyć. Ale poddałam się mu. Jak zwykle. Nienawidzę tego uczucia, nienawidzę siebie i nienawidzę Marco. Nienawidzę z całego serca, ale nadal tak łatwo mu się poddaję. Jak dziecko. Tak bardzo naiwne dziecko nie znające jeszcze świata. Tak się zachowuję, jakbym nie miała pojęcia o konsekwencjach, a przecież tak doskonale je mam. A co jest najgorsze? Że nadal coś czuję. On nadal trzyma mnie w uścisku przy sobie. Tak naiwnie myślałam, że udało mi się z tego wyrwać, ale nadal pusto wkładam wiarę w jego nic znaczące słowa. Kiedy mówił, że kocha, tu wzbranianiem nic nie wskóram, opieram się chwilę, dalej idzie jak zwykle. Wierzę. Bezmyślnie wierzę. Choć dziś mu tego tak nie pokazałam, to część mnie chciała się mu rzucić w ramiona. Ja byłam rozdarta. Jedna połowa mnie go nienawidzi, a druga jeszcze nadal obdarza miłością, to jest najbardziej chore uczucie na świecie. Potem, kiedy kłóciliśmy się przed domem też wymiękłam. Nie powinnam była do tego dopuścić. Pozwoliłam by mnie uderzył. A pewnie zrobiłby jeszcze więcej gdyby nie Schweinsteiger...Właśnie, Schweinsteiger. Sama nie wiem, co o nim myśleć. Irytuje mnie, to fakt, w ciągu jednego dnia potrafił podnieść poziom mojego zdenerwowania bardzo wysoko i to w dodatku samą swoją obecnością. Dziś po konferencji jak na mnie czekał... Wiele o nim słyszałam, niekoniecznie dobrego. Dlatego też nie chcę się w nic wpakować. Już raz taki błąd zrobiłam, nie popełnię go ponownie. I choćby nie wiem co, dotrzymam obietnicy, którą kiedyś sobie złożyłam. Żadnych facetów. Miłość to samobójstwo. Już nigdy nikomu nie pozwolę, żeby owinął mnie sobie wokół palca. 
   Wzięłam głęboki wdech i zanurzyłam się w dość wystudzonej już wodzie.

   Obudził mnie przeraźliwy dźwięk budzika, jakby głośniejszy i bardziej odrażający niż zwykle. Leniwie wyciągnęłam dłoń po telefon, aby wyłączyć to piskliwe paskudztwo, po czym powędrowałam oczyma na górę wyświetlacza w celu sprawdzenia godziny i w tym momencie mnie zmroziło. 9:25. Cholera. Zaspałam. Jak to się w ogóle mogło stać, że nie przestawiłam budzika z weekendowego na codzienny? W jednej sekundzie odrzuciłam na bok moją szarą kołdrę i wypadłam z łóżka, gdzie potknęłam się o butelkę po winie. No tak, zalałam się, zaspałam, co jeszcze? Poleciałam niczym rakieta do kuchni, gdzie szybko chwyciłam za nóż i mało nie urwałam drzwi lodówki, zrobiłam sobie szybko jakieś kanapki, przy okazji przecięłam palca. Potem w prędkości światła narzuciłam na siebie ubrania, zrobiłam błyskawiczny makijaż i wyleciałam z domu mając nadzieję, że zdążę chociaż na autobus. Na szczęście przystanek był tuż za rogiem. Położyłam palec na tabliczce z rozkładem i godzinami odjazdów, przejechałam oczyma dwa razy w górę i w dół, kiedy dopiero dotarło do mnie, że to chyba najbardziej pechowy dzień w moim życiu. Żaden, dosłownie żaden autobus nie miał w planie jechać tędy przez najbliższe piętnaście minut. Zrezygnowana usiadłam na ławce przy przystanku. Jak się walić to po całości. Oblizałam lekko jeszcze zakrwawiony po porannym spotkaniu z nożem palec i zaczęłam nerwowo postukiwać obcasami w szarą i zimną płytę chodnikową. Wtedy też zdałam sobie sprawę, że nawet nie wzięłam żadnej kurtki, swetra, czegokolwiek, a było chyba jedynie dziesięć stopni na plusie. Co teraz? Wiem, taksówka! Tylko żebym jeszcze miała pojęcie, pod jaki numer zadzwonić... Czy może być gorzej? To dopiero poranek, strach pomyśleć, co będzie później. Na rękach pojawiła mi się już gęsia skórka, a zimno sprawiało, że zaczęłam się lekko trząść. Siedziałam zrezygnowana na przystanku, bo chyba jedynym wyjściem w tej sytuacji było czekanie na kolejny autobus. Miałam tylko nadzieję, że gdy w końcu zjawię się w pracy szef nie pozbawi mnie życia. Kiedy tak zastanawiałam się, co mnie jeszcze spotka dzisiejszego dnia, usłyszałam cichy warkot silnika. Podniosłam wzrok i kilka metrów przed sobą zobaczyłam jakieś czarne... Coś. "Coś" było samochodem jak mniemam, dziwnym i topornym, wyglądało bardziej jak jeden ze statków kosmicznych, które oglądałam w bajkach, niżeli na auto, ale co ja się znam. Drogie, bo z całą pewnością było, to teraz modne, niekoniecznie ładne i funkcjonalne, ale kto zabroni bogatemu. W zasadzie mało mnie to interesuje, bardziej ciekawy był fakt, dlaczego koleś, który siedzi w "cosiu", bo tak w myślach ochrzciłam to dziwadło, stanął sobie właśnie tu i kopcił właśnie na mnie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz