W tym momencie wszystko do
mnie wróciło, znowu coś wstrzymywało u mnie racjonalne myślenie. Z jednej
strony ucieszyłem się, że moje oczy znowu mogą na nią patrzeć, ale z drugiej
czułem coś dziwnego, coś, na co nie ma odpowiednich słów, czego nawet nie umiem
opisać. Wiem, że to głupie, ale nie miałem nad tym żadnej kontroli, wszystko u
mnie reagowało jak chciało, a ja zupełnie nie potrafiłem temu zapobiec. No kto
by pomyślał, że świat przewróci mi się do góry nogami w mgnieniu oka kiedy
tylko na celowniku pojawi się jakaś dziewczyna, no przecież to niedorzeczne,
jakby żywcem wyciągnięte z jakiejś tandetnego romansu. Ale było w niej coś,
czego nigdy wcześniej nigdzie i u nikogo nie spotkałem i to tak w dziwny sposób
na mnie działało. Szaleństwo. A teraz tylko siedziałem głupio i gapiłem się w
jej stronę jak w obrazek, jakby czas dookoła się zatrzymał, jakbym był sam. Na
nic innego nie zwracałem uwagi. W końcu Holger wyrwał mnie z tego nietrzeźwego
stanu swoim podirytowanym głosem.
- No nie mogę dzisiaj z tobą,
co znowu?
- Nic - odwróciłem się i
jakby wypompowany z uczuć i emocji dokończyłem zdanie. – Chodźmy już stąd – nie
potrafiłem tutaj dłużej siedzieć, bo z każdym momentem czułem coraz silniejszą
potrzebę podejścia do niej i zrobienia czegokolwiek, byleby nie siedzieć i
patrzeć z daleka, bo to było żałosne. W ogóle cała ta sytuacja była chora.
Nienormalna. Wstałem od stołu i szybkim ruchem wyciągnąłem ze skórzanego
portfela jakiś banknot nie patrząc nawet na nominał, po czym udałem się w
stronę wyjścia. Akurat zauważyłem, że koniecznością jest minięcie jej. Chcąc
przebrnąć przez to jak najszybciej, przyśpieszyłem lekko kroku i nie patrząc na
nic dookoła w przeciągu kilku sekund przybliżyłem się do miejsca gdzie
siedziała z koleżanką. Szedłem ewidentnie jak w transie, a pech oczywiście
chciał, żebym zrobił z siebie jak największą ofiarę. Przy niej! Prosto przed
nią! Zaślepiony walnąłem w krzesło. Nagle huk, krzesło leżało na podłodze, a ja
prawie na nim. Wszystko działo się w mgnieniu oka. Podniosłem siebie i ten
przeklęty przedmiot, odwróciłem się i zobaczyłem jak patrzy na mnie z
politowaniem. Nie myśląc o niczym rzuciłem „cześć” i chwiejnym krokiem udałem
się w stronę drzwi. Brawo Bastian, brawo. Lepszego popisu dać się nie dało, w
zupełności. Teraz to już pewnie w ogóle ma mnie za kretyna i ofiarę losu.
Świetnie. Tylko pogratulować. Do tego trzeba mieć chyba talent, żeby zrobić
sobie taki wstyd przed kimś, na kim ci zależy.
- Co to było?
- Co?! – ryknąłem wkurzony do
Holgera idącego za mną po chodniku.
- To!
- No co?! Co?! To, że właśnie
zrobiłem z siebie pośmiewisko, a najbardziej szczerzącym zęby w całej tej
sytuacji byłeś ty?! O to ci chodzi?! – tak, nie dość, że one obie się ze mnie
śmiały, to wtórować im postanowił mój kumpel.
- Ej no stary, wyluzuj! O co
ci chodzi, wkurzasz się o byle co. Przecież każdemu się może zdarzyć.
- Nie, nie mnie i nie przy
niej! – Holger szybko pojawił się po mojej prawej stronie z lekka zakłopotany,
bo nie miał pojęcia o czym właśnie mówiłem.
- Kto to był?
- Dziewczyna. Dziewczyna,
której chciałem kiedyś jakoś zaimponować, ale przez to, co się właśnie przed
momentem zdarzyło jestem już pewnie skreślony.
- Nie no, nie przesadzaj! Nawet
największym gwiazdom zdarzają się takie rzeczy. Sam jesteś tego przykład… -
widząc mój wzrok ciskający piorunami nie dokończył tego, co zaczął mówić. A ja,
jeśli cokolwiek teraz czułem, to złość. Na wszystko, na wszystkich, a
najbardziej na samego siebie. Wielki pan Schweinsteiger. Świetnie. Potrzebuję
wody, muszę ochłonąć, znowu wrócić do normalności, dzisiaj już chyba po raz
setny. Koniecznie.
***
Patrzyłam jak spięty razem z
tym drugim piłkarzykiem zbliża się do szklanych drzwi wyjściowych, a po chwili
znika za nimi. Rzuciłam jeszcze okiem na krzesło, które postawił przy innym
stoliku, po czym cicho śmiejąc się pod nosem wróciłam do nakręcania makaronu na
widelec.
- Ty, co to było za „cześć”?
– Ann siedziała zdziwiona.
- No „cześć”, po prostu.
- Po prostu „cześć” od jednej
z największych gwiazd Bayernu Monachium? Żartujesz sobie?
- Nie, dlaczego?
- Ty pytasz dlaczego?
Dziewczyno, Bastian Schweinstaiger właśnie powiedział ci „cześć”! Nie chwaliłaś
się, że go znasz! Myślałam, że dopiero zaczniesz pracować dla Bayernu…
- Bo dopiero zacznę. A on… On
mieszka gdzieś niedaleko mnie. Irytujący facet. Choć czasem potrafi być miły.
Ale natrętny.
- Natrętny? Czekaj, czekaj,
czy on coś do ciebie ten, no wiesz? – wybuchnęłam śmiechem. – No, bo mówisz, że
natrętny. Tylko pytam!
- Nie, nie, nie wiem, po
prostu pomógł mi kiedyś i dzisiaj rano w sumie też i wyglądało jakby mu bardzo
zależało na tym pomaganiu mi. No i to tyle. Taka znajomość.
- Jejku, Isabel, nawet nie
wiesz ile dziewczyn by wiele oddało za to, żeby Bastian Schweinsteiger chciał
im tak pomagać.
- Może wiele dziewczyn tak, ale
mnie tam to jakoś specjalnie nie rusza – odpowiedziałam co dokładnie uważałam i
wzięłam łyk słodkiego soku z pomarańczy. Prawda była przecież taka, że cały ten
gwiazdor mało co mnie obchodził. Pomógł mi raz, pomógł mi drugi, doceniam, ale
to wszystko. I przede wszystkim nie zmienia to faktu, że nadal nie pałam do
niego wielką miłością, teraz jest mi po prostu obojętny. – Dobra, ale teraz do
rzeczy.
- Racja, to mieszkanie. Tak
jak już ci mówiłam jest ono prawie w samym centrum, więc wszędzie miałabyś blisko.
Dwa pokoje, kuchnia i łazienka. Ogólnie wszystko w bardzo dobrym stanie, bo
dopiero co się stamtąd wyprowadziliśmy. Jakieś tam meble zostały, ale niewiele.
No, ale co ja ci opowiadam na sucho, zjedz i pojedziemy tam to sobie zobaczysz
i ocenisz.
- Kochana, nie muszę nic
oceniać, wiem, że na pewno jest bardzo dobre, mnie starczyłaby w tym momencie
nawet kawalerka.
- No dobrze, dobrze, ale i
tak musisz je wcześniej zobaczyć. To kończ sobie spokojnie jeść, a ja zadzwonię
do Matsa – powiedziała z uśmiechem i wyciągnęła telefon. Po wybraniu numeru do
męża, przyłożyła komórkę do ucha i po chwili zaczęła wesoło z nim rozmawiać.
Gaduła była z niej największa jaką tylko znałam. Ja skończyłam już jeść moje
spaghetti, które w nawiasie mówiąc, było wyborne, a ona nadal rozmawiała przez
telefon. W końcu po kilku minutach odłożyła go i rozpromieniona powiedziała, że
Mats przyjedzie po nas za kilka minut i zabierze do mieszkania, które już
niedługo może być moje. Cieszyłam się, że będę mogła zmienić trochę otoczenie.
Życie w tym ogromny i pustym domu po ciotce było przygnębiające. Sama w takiej
willi? To nie miało żadnej przyszłości. Nie potrzeba mi tyle przestrzeni. Jak
wcześniej stwierdziłam, teraz to wystarczyła by mi zwykła kawalerka, nic więcej
nie wymagam.
Po upływie około dziesięciu
minut, siedząc na ławce niedaleko centrum handlowego Ann zobaczyła już samochód
swojego męża. Całkiem spory, ciemnozielony pojazd podjechał na miejsce gdzie
się znajdowałyśmy, a ze środka wydobył się głos zapraszający do środka. Ja usiadłam
z tyłu, a Ann zajęła miejsce przy boku Matsa.
- Isabel! Tyle lat! Miło cię
znowu widzieć, nic się nie zmieniasz, nic a nic – wesołym głosem powitał mnie
mężczyzna. Znaliśmy się już wcześniej kiedy tutaj mieszkałam. Razem z nim, Ann
i kilkoma innymi przez jakiś czas stanowiliśmy zgraną paczkę. Bardzo się ucieszyłam,
kiedy dowiedziałam się, że moi przyjaciele są ze sobą aż tak długo, że są tak
szczęśliwi, mają rodzinę, że tak dobrze im się wiedzie. Życzyłam im jak
najlepiej. Mats był naprawdę świetnym facetem. Podobnie jak Ann, zawsze
uśmiechnięty, chociaż twardo stąpający po ziemi. Nigdy nie pozwoliłby żeby jego
bliskim stała się jakakolwiek krzywda. Fajnie było go znowu spotkać i poczuć
się choć trochę tak jak za dawnych czasów.
Mieszkanie było faktycznie
bardzo ładne, widać, że Ann i Mats dopiero co się stad wyprowadzili. Mniej
więcej umeblowana była kuchnia oraz łazienka. Resztę mogłabym przecież zabrać z
domu, no o to akurat w zupełności się nie martwiłam.
Siedzieliśmy na starych beżowych
pufach w salonie i dogadywaliśmy wszystkie sprawy. Z początku miałam zamiar to
mieszkanie kupić, a dom sprzedać, jednak przyjaciółka przekonała mnie, że
lepiej zrobię po prostu mieszkając tutaj i płacąc za czynsz i tym podobne, i
kiedy wystawię pod wynajem willę po ciotce. Jak to ona powiedziała, nigdy nie
wiem co mnie w życiu spotka, czy nie będę kiedyś tego przestronnego domu
potrzebowała. Trochę racji faktycznie w tym było, tak też więc postanowiłam
zrobić, a jeśli kiedyś jednak bym się rozmyśliła, to dom zawsze będę mogła sprzedać,
a mieszkanie odkupić. Nie miałam przecież do czynienia z obcymi ludźmi.
- No to super, to załatwione,
dzięki wielkie, normalnie spadliście mi z nieba z tym mieszkaniem.
- Nie ma sprawy, Bella. Czego
się nie robi dla starych przyjaciół? – Małżeństwo uśmiechnęło się do mnie
serdecznie. – O, a właśnie! Wiesz Ann, mamy zaproszenie na Grand Prix w sobotę,
Martin dzwonił i pytał czy nie chcielibyśmy pojechać, bo akurat będą mieć tutaj
rundę. Isabel, może chciałabyś się tam wybrać z nami? Mój kuzyn, Martin
Smolinski jest żużlowcem i właśnie bierze tam udział.
- Bardzo miło z waszej
strony, ale nie wiem, nie bardzo znam się na żużlu…
- No to zobaczysz co i jak,
to jest bardzo fajne, spodoba ci się! Pojedziesz z nami! – wtrąciła się Ann. W
sumie, co mi szkodziło pojechać i zobaczyć, zawsze to jakaś odskocznia od tej
codziennej nudnej rutyny.
- No, dobra. Dzięki wielkie.
- To my dziękujemy, że nam potowarzyszysz
– uśmiechnął się szeroko Mats i zaczął opowiadać mi o żużlu.