Translate

poniedziałek, 1 września 2014

ROZDZIAŁ VI

  W tym momencie wszystko do mnie wróciło, znowu coś wstrzymywało u mnie racjonalne myślenie. Z jednej strony ucieszyłem się, że moje oczy znowu mogą na nią patrzeć, ale z drugiej czułem coś dziwnego, coś, na co nie ma odpowiednich słów, czego nawet nie umiem opisać. Wiem, że to głupie, ale nie miałem nad tym żadnej kontroli, wszystko u mnie reagowało jak chciało, a ja zupełnie nie potrafiłem temu zapobiec. No kto by pomyślał, że świat przewróci mi się do góry nogami w mgnieniu oka kiedy tylko na celowniku pojawi się jakaś dziewczyna, no przecież to niedorzeczne, jakby żywcem wyciągnięte z jakiejś tandetnego romansu. Ale było w niej coś, czego nigdy wcześniej nigdzie i u nikogo nie spotkałem i to tak w dziwny sposób na mnie działało. Szaleństwo. A teraz tylko siedziałem głupio i gapiłem się w jej stronę jak w obrazek, jakby czas dookoła się zatrzymał, jakbym był sam. Na nic innego nie zwracałem uwagi. W końcu Holger wyrwał mnie z tego nietrzeźwego stanu swoim podirytowanym głosem.
- No nie mogę dzisiaj z tobą, co znowu?
- Nic - odwróciłem się i jakby wypompowany z uczuć i emocji dokończyłem zdanie. – Chodźmy już stąd – nie potrafiłem tutaj dłużej siedzieć, bo z każdym momentem czułem coraz silniejszą potrzebę podejścia do niej i zrobienia czegokolwiek, byleby nie siedzieć i patrzeć z daleka, bo to było żałosne. W ogóle cała ta sytuacja była chora. Nienormalna. Wstałem od stołu i szybkim ruchem wyciągnąłem ze skórzanego portfela jakiś banknot nie patrząc nawet na nominał, po czym udałem się w stronę wyjścia. Akurat zauważyłem, że koniecznością jest minięcie jej. Chcąc przebrnąć przez to jak najszybciej, przyśpieszyłem lekko kroku i nie patrząc na nic dookoła w przeciągu kilku sekund przybliżyłem się do miejsca gdzie siedziała z koleżanką. Szedłem ewidentnie jak w transie, a pech oczywiście chciał, żebym zrobił z siebie jak największą ofiarę. Przy niej! Prosto przed nią! Zaślepiony walnąłem w krzesło. Nagle huk, krzesło leżało na podłodze, a ja prawie na nim. Wszystko działo się w mgnieniu oka. Podniosłem siebie i ten przeklęty przedmiot, odwróciłem się i zobaczyłem jak patrzy na mnie z politowaniem. Nie myśląc o niczym rzuciłem „cześć” i chwiejnym krokiem udałem się w stronę drzwi. Brawo Bastian, brawo. Lepszego popisu dać się nie dało, w zupełności. Teraz to już pewnie w ogóle ma mnie za kretyna i ofiarę losu. Świetnie. Tylko pogratulować. Do tego trzeba mieć chyba talent, żeby zrobić sobie taki wstyd przed kimś, na kim ci zależy.
- Co to było?
- Co?! – ryknąłem wkurzony do Holgera idącego za mną po chodniku.
- To!
- No co?! Co?! To, że właśnie zrobiłem z siebie pośmiewisko, a najbardziej szczerzącym zęby w całej tej sytuacji byłeś ty?! O to ci chodzi?! – tak, nie dość, że one obie się ze mnie śmiały, to wtórować im postanowił mój kumpel.
- Ej no stary, wyluzuj! O co ci chodzi, wkurzasz się o byle co. Przecież każdemu się może zdarzyć.
- Nie, nie mnie i nie przy niej! – Holger szybko pojawił się po mojej prawej stronie z lekka zakłopotany, bo nie miał pojęcia o czym właśnie mówiłem.
- Kto to był?
- Dziewczyna. Dziewczyna, której chciałem kiedyś jakoś zaimponować, ale przez to, co się właśnie przed momentem zdarzyło jestem już pewnie skreślony.
- Nie no, nie przesadzaj! Nawet największym gwiazdom zdarzają się takie rzeczy. Sam jesteś tego przykład… - widząc mój wzrok ciskający piorunami nie dokończył tego, co zaczął mówić. A ja, jeśli cokolwiek teraz czułem, to złość. Na wszystko, na wszystkich, a najbardziej na samego siebie. Wielki pan Schweinsteiger. Świetnie. Potrzebuję wody, muszę ochłonąć, znowu wrócić do normalności, dzisiaj już chyba po raz setny. Koniecznie.

***

  Patrzyłam jak spięty razem z tym drugim piłkarzykiem zbliża się do szklanych drzwi wyjściowych, a po chwili znika za nimi. Rzuciłam jeszcze okiem na krzesło, które postawił przy innym stoliku, po czym cicho śmiejąc się pod nosem wróciłam do nakręcania makaronu na widelec.
- Ty, co to było za „cześć”? – Ann siedziała zdziwiona.
- No „cześć”, po prostu.
- Po prostu „cześć” od jednej z największych gwiazd Bayernu Monachium? Żartujesz sobie?
- Nie, dlaczego?
- Ty pytasz dlaczego? Dziewczyno, Bastian Schweinstaiger właśnie powiedział ci „cześć”! Nie chwaliłaś się, że go znasz! Myślałam, że dopiero zaczniesz pracować dla Bayernu…
- Bo dopiero zacznę. A on… On mieszka gdzieś niedaleko mnie. Irytujący facet. Choć czasem potrafi być miły. Ale natrętny.
- Natrętny? Czekaj, czekaj, czy on coś do ciebie ten, no wiesz? – wybuchnęłam śmiechem. – No, bo mówisz, że natrętny. Tylko pytam!
- Nie, nie, nie wiem, po prostu pomógł mi kiedyś i dzisiaj rano w sumie też i wyglądało jakby mu bardzo zależało na tym pomaganiu mi. No i to tyle. Taka znajomość.
- Jejku, Isabel, nawet nie wiesz ile dziewczyn by wiele oddało za to, żeby Bastian Schweinsteiger chciał im tak pomagać.
- Może wiele dziewczyn tak, ale mnie tam to jakoś specjalnie nie rusza – odpowiedziałam co dokładnie uważałam i wzięłam łyk słodkiego soku z pomarańczy. Prawda była przecież taka, że cały ten gwiazdor mało co mnie obchodził. Pomógł mi raz, pomógł mi drugi, doceniam, ale to wszystko. I przede wszystkim nie zmienia to faktu, że nadal nie pałam do niego wielką miłością, teraz jest mi po prostu obojętny. – Dobra, ale teraz do rzeczy.
- Racja, to mieszkanie. Tak jak już ci mówiłam jest ono prawie w samym centrum, więc wszędzie miałabyś blisko. Dwa pokoje, kuchnia i łazienka. Ogólnie wszystko w bardzo dobrym stanie, bo dopiero co się stamtąd wyprowadziliśmy. Jakieś tam meble zostały, ale niewiele. No, ale co ja ci opowiadam na sucho, zjedz i pojedziemy tam to sobie zobaczysz i ocenisz.
- Kochana, nie muszę nic oceniać, wiem, że na pewno jest bardzo dobre, mnie starczyłaby w tym momencie nawet kawalerka.
- No dobrze, dobrze, ale i tak musisz je wcześniej zobaczyć. To kończ sobie spokojnie jeść, a ja zadzwonię do Matsa – powiedziała z uśmiechem i wyciągnęła telefon. Po wybraniu numeru do męża, przyłożyła komórkę do ucha i po chwili zaczęła wesoło z nim rozmawiać. Gaduła była z niej największa jaką tylko znałam. Ja skończyłam już jeść moje spaghetti, które w nawiasie mówiąc, było wyborne, a ona nadal rozmawiała przez telefon. W końcu po kilku minutach odłożyła go i rozpromieniona powiedziała, że Mats przyjedzie po nas za kilka minut i zabierze do mieszkania, które już niedługo może być moje. Cieszyłam się, że będę mogła zmienić trochę otoczenie. Życie w tym ogromny i pustym domu po ciotce było przygnębiające. Sama w takiej willi? To nie miało żadnej przyszłości. Nie potrzeba mi tyle przestrzeni. Jak wcześniej stwierdziłam, teraz to wystarczyła by mi zwykła kawalerka, nic więcej nie wymagam.
  Po upływie około dziesięciu minut, siedząc na ławce niedaleko centrum handlowego Ann zobaczyła już samochód swojego męża. Całkiem spory, ciemnozielony pojazd podjechał na miejsce gdzie się znajdowałyśmy, a ze środka wydobył się głos zapraszający do środka. Ja usiadłam z tyłu, a Ann zajęła miejsce przy boku Matsa.
- Isabel! Tyle lat! Miło cię znowu widzieć, nic się nie zmieniasz, nic a nic – wesołym głosem powitał mnie mężczyzna. Znaliśmy się już wcześniej kiedy tutaj mieszkałam. Razem z nim, Ann i kilkoma innymi przez jakiś czas stanowiliśmy zgraną paczkę. Bardzo się ucieszyłam, kiedy dowiedziałam się, że moi przyjaciele są ze sobą aż tak długo, że są tak szczęśliwi, mają rodzinę, że tak dobrze im się wiedzie. Życzyłam im jak najlepiej. Mats był naprawdę świetnym facetem. Podobnie jak Ann, zawsze uśmiechnięty, chociaż twardo stąpający po ziemi. Nigdy nie pozwoliłby żeby jego bliskim stała się jakakolwiek krzywda. Fajnie było go znowu spotkać i poczuć się choć trochę tak jak za dawnych czasów.

  Mieszkanie było faktycznie bardzo ładne, widać, że Ann i Mats dopiero co się stad wyprowadzili. Mniej więcej umeblowana była kuchnia oraz łazienka. Resztę mogłabym przecież zabrać z domu, no o to akurat w zupełności się nie martwiłam.
Siedzieliśmy na starych beżowych pufach w salonie i dogadywaliśmy wszystkie sprawy. Z początku miałam zamiar to mieszkanie kupić, a dom sprzedać, jednak przyjaciółka przekonała mnie, że lepiej zrobię po prostu mieszkając tutaj i płacąc za czynsz i tym podobne, i kiedy wystawię pod wynajem willę po ciotce. Jak to ona powiedziała, nigdy nie wiem co mnie w życiu spotka, czy nie będę kiedyś tego przestronnego domu potrzebowała. Trochę racji faktycznie w tym było, tak też więc postanowiłam zrobić, a jeśli kiedyś jednak bym się rozmyśliła, to dom zawsze będę mogła sprzedać, a mieszkanie odkupić. Nie miałam przecież do czynienia z obcymi ludźmi.
- No to super, to załatwione, dzięki wielkie, normalnie spadliście mi z nieba z tym mieszkaniem.
- Nie ma sprawy, Bella. Czego się nie robi dla starych przyjaciół? – Małżeństwo uśmiechnęło się do mnie serdecznie. – O, a właśnie! Wiesz Ann, mamy zaproszenie na Grand Prix w sobotę, Martin dzwonił i pytał czy nie chcielibyśmy pojechać, bo akurat będą mieć tutaj rundę. Isabel, może chciałabyś się tam wybrać z nami? Mój kuzyn, Martin Smolinski jest żużlowcem i właśnie bierze tam udział.
- Bardzo miło z waszej strony, ale nie wiem, nie bardzo znam się na żużlu…
- No to zobaczysz co i jak, to jest bardzo fajne, spodoba ci się! Pojedziesz z nami! – wtrąciła się Ann. W sumie, co mi szkodziło pojechać i zobaczyć, zawsze to jakaś odskocznia od tej codziennej nudnej rutyny.
- No, dobra. Dzięki wielkie.
- To my dziękujemy, że nam potowarzyszysz – uśmiechnął się szeroko Mats i zaczął opowiadać mi o żużlu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz