Dzwonek telefonu wyrwał mnie z transu papierkowej roboty. Spojrzałam
leniwie na wyświetlacz telefonu. Ann.
- Cześć Isabel, o której kończysz pracę?
- Hej, dzisiaj o piętnastej.
- O no to świetnie się składa, bo ja właśnie kończę, to może
umówiłybyśmy się u mnie w restauracji jak wyjdziesz? Zjadłybyśmy tam obiad i od
razu pogadały o tym mieszkaniu i w ogóle.
- No to niezły pomysł. W takim razie wpadnę od razu po
pracy. A teraz przepraszam cię, ale muszę wracać do tych tłumaczeń…
- W porządku to nie zawracam ci głowy, jesteśmy umówione.
Buziaczki! – pożegnała się wesoło i rozłączyła. Mnie zostało wrócić do tego,
czego tak bardzo nie lubiłam. Poprawianie tekstów, tłumaczeń, niesamowicie
nużące zajęcie. Tak bardzo, że aż powieki powoli zsuwały się mi na oczy, a ja
nie potrafiłam już myśleć o niczym innym tylko o spaniu. Podniosłam głowę i
popatrzyłam na duży okrągły zegar karmelowego koloru, który wisiał nad
niewielką półeczką na śnieżnobiałej ścianie mojego gabinetu. Czternasta
dwadzieścia dwie. Całe szczęście, już niedługo koniec męczarni. Nie mogę się
doczekać, aż w końcu będę mogła stąd wyjść. Zostawić te wszystkie stosy kartek.
Mieć trochę dla siebie. Pierwsze, co zrobię, to zamówię u Ann kawę. Mocną, na
rozbudzenie, bo zaraz naprawdę usnę. A teraz szybko skończę to, co mam do
skończenia, a przynajmniej spróbuję zrobić to dość szybko.
Wreszcie. Równa piętnasta wybiła na moim zegarze. Odłożyłam
skończone teksty na jedna stertę, a z drugiej wzięłam kilka kartek i schowałam
do teczki. Wygląda więc na to, że w domu również nie będę się nudzić.
Włożyłam wszystko do torby, przewiesiłam przez ramię i
udałam się do wyjścia z pomieszczenia, a następnie skierowałam się w lewą
stronę i szłam prosto całkiem długim, chłodnym korytarzem. Jego ściany były barwy
lekko kremowej w niektórych miejscach wykładane drewnianymi mahoniowymi
deskami, które świetnie wkomponowywały się w wystrój całego budynku. Mijałam
wiele drzwi, za którymi to swoje pracownie mieli różni korektorzy, edytorzy i
przede wszystkim tłumacze. Na tabliczkach tam zawieszonych były napisane ich
nazwiska oraz języki obce, którymi się zajmowali. Widziałam przeróżne języki
świata, gdzieś w oczy rzucił mi się nawet chiński. Przemierzając korytarz
szczerze współczułam osobom, które nadal musiały tu siedzieć i poprawiać stosy
różnych tekstów. Czasami bywało to naprawdę męczące, w kółko to samo, ciągłe
tłumaczenie, poprawianie i tak znowu i znowu przez cały dzień. O wiele bardziej
wolałam spotkania, przy których potrzebna była pomoc kogoś, kto mógłby pozwolić
obu stronom na swobodne rozumienie się itp. Albo zajmowanie się jakimiś reklamami,
coś w tym stylu.
Zjechałam ruchomymi schodami i przeszłam przez duży hol. Już
miałam wychodzić, kiedy zatrzymała mnie sekretarka.
- Pani Neumann! – odwróciłam się w stronę kobiety. – Pan
Braun prosił, żeby zaglądnęła pani jeszcze na chwilę do jego gabinetu –
ciekawe, o co chodzi, może o to spóźnienie? No, ale przecież to tylko pięć
minut… Skierowałam się do gabinetu szefa. Delikatnie zastukałam w drzwi i usłyszałam
zaproszenie do środka. Nacisnęłam chłodną klamkę, weszłam powoli i ostrożnie.
Pan Braun siedział przy swoim biurku i przeglądał jakieś dokumenty. Gdy tylko
usłyszał w pomieszczeniu moje kroki podniósł wzrok i promiennie się uśmiechnął.
Dzięki Bogu. To znak, że to, co chce mi przekazać jest wiadomością pozytywną.
Kamień spadł mi z serca.
- O Isabel, dobrze, że jesteś. Mam dla ciebie informację,
otóż już niedługo charakter twojej pracy nieco się zmieni. No, ale proszę
usiądź sobie – posłusznie wykonałam polecenie. Weszłam w głąb gabinetu i usiadłam
na dość twardym fotelu obitym beżowym materiałem imitującym skórę. – No, więc
teraz do rzeczy. Jak powiedziałem, mam dla ciebie nowe zadanie. Pewnie
słyszałaś o tym, że od przyszłego sezonu Bayern będzie prowadził nowy trener,
Josep Guardiola, Hiszpan. A ja wiem doskonale jak jest z twoimi preferencjami.
Widzisz, pan Guardiola przez ostatnie miesiące uczył się naszego języka, ale
wiadomo, że mimo wszystko ma jeszcze problemy. W tej sprawie właśnie zwracam
się do ciebie. Ostatnio bardzo dobrze poradziłaś sobie na konferencji
przedmeczowej, a ja dostałem prośbę od władz klubu o przesłanie im dobrego
tłumacza, który pomagałby panu Guardioli. Myślę, że ty nadawałabyś się do tego
idealnie, z twoimi perfekcyjnymi znajomościami obu języków. Co ty na to? –
zatkało mnie. Czy ja właśnie dostałam propozycję pracy z jednym z najlepszych
trenerów świata? To byłoby niesamowite. I w końcu oderwałabym się choć trochę
od poprawek tekstów. Ale… Jest jeszcze druga strona medalu. Praca w tym klubie.
W TYM klubie. A co za tym idzie, praca w gronie tych wszystkich piłkarzy…
Schweinsteigera.
- Jejku – wymsknęło mi się. – Zaskoczył mnie pan. To… To
byłaby naprawdę wielka przyjemność pomagać panu Guar… - Nie zdążyłam dokończyć
nawet połowy zdania, kiedy to szef momentalnie mi przerwał.
- No to bardzo się cieszę! W takim razie już dzwonię do
władz klubu i mówię, że mam dla nich idealną osobę! Ale, Isabel, żeby była
jasność – to, że zostaniesz teraz tam tłumaczką wcale nie oznacza, że my się
rozstajemy. Nadal będziesz pracowała tutaj dla nas, tylko oczywiście o wiele
mniej.
- Tak, tak, rozumiem doskonale – Nie myślałam już o tym
gdzie dokładnie będę pracowała i w jakim środowisku. Przecież taka szansa może
się zdarzyć raz w życiu. Nie chcę jej zmarnować. Skoro mam okazję, to ją
wykorzystam.
Rozmawiałam jeszcze przez chwilę z panem Braunem, wyjaśnił
mi kilka spraw, a resztę zostawiliśmy na następny dzień. Teraz szłam ruchliwą
ulicą Monachium oglądając płynące powoli po błękitnym niebie obłoki i ciesząc
się sama do siebie. W końcu będę robiła to, co zawsze chciałam robić. I to dla
takiego człowieka. Miałam przyklejony do twarzy uśmiech. Przemierzałam szybko
ulice, a obcasy moich kremowych szpilek rytmicznie uderzały w chodnik wyłożony
szarą kostką. Kilkanaście metrów przede mną rósł już wielki budynek galerii
handlowej. Po kilku minutach byłam już w środku i właśnie wchodziłam do
restauracji, gdzie czekała na mnie Ann. Stała przy ladzie i rozmawiała ze swoją
koleżanką, ale gdy tylko mnie zobaczyła podbiegła uśmiechnięta. To było coś, co
w mniej uwielbiałam. Zawsze podchodziła do życia z optymizmem, a jej uśmiech
potrafił leczyć. Dawniej, jak byłyśmy jeszcze nastolatkami, kiedy tylko miałam
gorszy dzień ona zawsze potrafiła to zmienić.
- Przepraszam cię kochana, ale szef mnie chwilę zatrzymał.
Nawet nie uwierzysz, co mi zaproponował.
- Nic się nie dzieje, lepiej chodź usiądźmy i wszystko mi
opowiesz. Chodźmy tam – wskazała ręką i pociągnęła mnie za sobą. Usiadłyśmy w
kącie przy stoliku z jasnego drewna, który był pokryty śnieżnobiałym obrusem. Ann
zaproponowała, żebyśmy najpierw zjadły obiad, o czym ja na śmierć zapomniałam.
Przeglądnęłam szybko kartę dań i wybrałam spaghetti.
- To teraz zamieniam się w słuch, opowiadaj, co takiego się
stało.
- Jejku, od czego by tu zacząć. Szef zawołał mnie dziś do
siebie po pracy. Już myślałam, że dostanę jakąś naganę czy coś, bo spóźniłam
się trochę rano. Ale nic podobnego, a kiedy usłyszałam, o co chodzi to mnie
zamurowało. Zaproponował mi pracę bezpośredniego tłumacza. Jest tylko jeden
mały problem… Bo to ma być praca w Bayernie Monachium… - lekko się skrzywiłam
na tą myśl. Przyjaciółka też się skrzywiła, ale raczej dlatego, że uważała, że
zupełnie przesadzam i jestem zbyt uprzedzona, szybko więc dodałam kolejne
zdanie na ten temat – No, ale co tam, dla takiej oferty mogę to przeboleć. Będę
pomagać Pepowi Guardioli!
- Żartujesz? Bella nawet nie wiesz jak się cieszę,
gratulacje!
- Dziękuję, ja też się cieszę, mimo wszystko się cieszę – bo
taka właśnie jest prawda. Mimo tego, że będę pracowała dla klubu, którego nie
trawię, to i tak jakoś dziwnie nie czuję żadnych negatywnych emocji. Cieszę się
bardzo, że trafiła mi się taka okazja.
***
Poczułem intensywny zapach kawy. Kelnerka właśnie przyniosła
moje zamówienie. Nie czekałem długo i wziąłem głęboki łyk z nadzieją, że to
pozwoli mi w końcu wrócić normalnie do rzeczywistości. Co ta dziewczyna ze mną
zrobiła? Nigdy nie czułem się choć w najmniejszym stopniu tak jak dziś. Czułem
się pusty, wybrakowany, jakby ktoś wyjął część mnie. To chore. Żeby w ciągu
dwóch dni jakaś obca osoba tak mną wstrząsnęła. Niewyobrażalne.
- Ej, zombie, słyszysz mnie? Halo, ziemia do Bastiana – z
rozmyślań wyrwał mnie głos Holgera, który właśnie machał mi dłonią przed
oczyma.
- Słyszę – mruknąłem i znów sięgnąłem po kawę. – Co mówiłeś?
– podniosłem lekko wzrok i zauważyłem, że przyjaciel patrzy na mnie z
politowaniem.
- Co z tobą?
- Nic. Nie wiem.
- Coś się stało? Rano byłeś w skowronkach i nie zwracałeś
uwagi na cały świat, teraz siedzisz przybity i nadal nie kontaktujesz –
westchnąłem. Nic nie odpowiedziałem tylko znów wypiłem łyk czarnej i gorzkiej
kawy. Chwyciłem w place chłodną srebrną łyżeczkę i zacząłem się nią bawić. W
głowie powoli zaczynały pojawiać mi się jakieś myśli. Trzeba się w końcu
ogarnąć. Koniecznie. Weź się w garść, Bastian. Nie zachowuj się jak dzieciak.
- A słyszałeś, Thomas z żoną planują jakiegoś grilla na
weekendzie.
- No coś tam mi wspominał, ale jeszcze nie wiem czy pójdę.
- W sumie to ja też jeszcze nie wiem, ale myślę, że tobie by
się przydało – mimowolnie zaśmiałem się. On serio patrzył na mnie jak na
zombie, ewidentnie w myślach miał ze mnie ubaw, z tego jaki nieogarnięty byłem.
Uśmiechałem się jeszcze przez chwilę pod nosem i bawiłem się niewielką srebrną
łyżeczką. Czułem się lepiej. Chociaż nadal nic mi się nie chciało. Wziąłem do
ręki jakąś kolorową broszurkę, która leżała z boku stolika i wetknąłem w nią
nos. Przejechałem wzrokiem po kilku linijkach tekstu na temat jakiegoś jedzenia
i odrzuciłem kartkę z powrotem na obrus. A on wciąż patrzył na mnie jak na
kretyna.
- No co, bezsensowne rzeczy tu piszą – Chłopak wziął
broszurkę do ręki i komicznym głosem przeczytał kawałek opisu jakiegoś
wydziwionego dania. – Widzisz? Bezsens, bezsens i glupota.
- Nie no, ja tam bym chętnie takie coś zjadł.
- Ohyda. Równie dobrze mogliby zacząć podawać ślimaki na
ryżu w sosie karmelowym – oboje zaczęliśmy się śmiać. Ale taka była prawda. –
Dobra stary, czuję potrzebę, zaraz wrócę – wstałem od stolika i skierowałem się
w stronę dużych drewnianych drzwi z równie dużym napisem WC pośrodku. Po
skorzystaniu z toalety nabrałem na dłonie mydła o nieznanym mi dotąd, ale
ładnym zapachu, po czym wymyłem je i powolnym krokiem znów przez drewniane
drzwi udałem się do stolika. W międzyczasie poczułem, że przyszła mi wiadomość
na telefon, z nim więc w ręku i z zatopionym w ekranie wzrokiem leniwie
osunąłem się na krzesło. Już zacząłem czytać sms-a aż w momencie…
- No dzięki – przeniosłem pytający teraz wzrok na Holgera. –
Takie widoki mi zasłoniłeś.
- Haha, jakie znowu widoki? – śmiejąc się z kumpla
odwróciłem się i błyskawicznie coś się we mnie zmieniło, kiedy oczyma
napotkałem te jego „widoki”. To był nie kto inny tylko Isabel.