- Do widzenia!
- Oczywiście, dziękuję bardzo. Miłego dnia.
- Dziękuję i wzajemnie, do widzenia pani Neumann! - zawołała wesoło kobieta.
Po skończonej pracy miałam ochotę wybrać się na zakupy. Pochodzić trochę po galerii, powłóczyć się. Nie spieszyło mi się do domu. Wybrałam się więc do najbliższego dużego centrum handlowego. Zwiedziłam kilka sklepów, kupiłam trochę rzeczy, po czym poszłam coś zjeść.
Usiadłam w jakiejś niedrogiej restauracji i zatopiłam wzrok w menu. Wybrałam zwyczajną sałatkę grecką.
- Przepraszam, czy mogę już... Isabel? - podniosłam wzrok i ujrzałam smukłą, radosną twarz kobiety.
- Ann! Jak ja cię dawno nie widziałam! - Obydwie rzuciłyśmy się sobie w ramiona.
- Tyle lat minęło, ale ty nic się nie zmieniłaś! Nadal masz te piękne, długie włosy.
- A ty ten piękny uśmiech, który zawsze poprawia nastrój. Ale się za tobą stęskniłam - uściskałam Ann jeszcze raz. - No, jak tam u ciebie, opowiadaj! - kobieta rozglądnęła się i usiadła naprzeciwko mnie.
- Na szczęście nikogo nie ma, więc mogę z tobą porozmawiać. Co u mnie? A no narzekać nie mogę, ostatnio mam doskonałą passę. Zarówno w pracy jak i w życiu prywatnym... - pogładziła się po brzuchu. - Ja i Thomas spodziewamy się drugiego syna.
- Kochana, gratuluję! Cieszę się bardzo waszym szczęściem.
- Dziękuję! No a ty co, wróciłaś?
- Tak, tak wyszło.
- To wspaniale! - wykrzyknęła z entuzjazmem. - W końcu nadrobimy te stracone lata. Strasznie się cieszę - uśmiechnęła się do mnie szeroko. Rozmawiałyśmy jeszcze chwilę o tym, jak wiodło nam się przez ostatnie lata.
- Ann, klienci... - cicho zawołała do mojej koleżanki jedna z kelnerek.
- Wybacz Isabel, ale muszę wracać do pracy - wywróciła oczami.
- Nic się nie dzieje, w sumie to i tak będę się zbierać. Ale może spotkałyśmy się na weekendzie?
- Świetny pomysł, to zadzwoń kiedy będziesz mogła - wyciągnęła z kelnerskiego fartuszka notes i zapisała mi swój numer. Ja również podałam jej swój.
- Dobra, zadzwonię. Trzymaj się.
- Do zobaczenia - dałyśmy sobie buziaka w policzek na pożegnanie i rozstałyśmy się. Wyszłam z restauracji i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że w końcu nic nie zjadłam. Postanowiłam więc, że po prostu wrócę już do domu, tam zjem i zajmę się tłumaczeniami od szefa.
Szłam powoli, a obcasy moich szpilek rytmicznie uderzały w płytę chodnikową. Był to jedyny dźwięk jaki się tu pojawiał. Ulica, którą szłam była całkowicie pusta, żadnych aut, żadnych ludzi. Tylko ja i moje stukające buty. W pewnym momencie rozległ się głos mojego telefonu. Wyjęłam go z torebki i spojrzałam na wyświetlacz, który pokazywał nieznany mi numer. Odebrałam.
- Isabel? Nie rozłączaj się, proszę, to dla mnie ważne - zamurowało mnie.
- Skąd masz mój numer - wysyczałam przez zaciśnięte zęby, dzięki czemu wyszło z tego zdanie bardziej twierdzące niżeli pytające.
- Mamy wspólnych znajomych, zależało mi, to go zdobyłem.
- Czego chcesz?
- Spotkać się z tobą. Słyszałem, że jesteś w Monachium - cholera, jak plotki szybko się roznoszą...
- Po co?
- Porozmawiać, wyjaśnić sobie trochę spraw...
- Nie, Marco - przerwałam mu. - Tu nie ma już co wyjaśniać. Było, minęło, nie chcę do tego wracać.
- Ale proszę, spotkajmy się. Co ci szkodzi - w sumie miał rację, ale wcale nie uśmiechało mi się znów na niego patrzeć, słuchać go i wspominać. Jednak przełamałam się, co za różnica, najwyżej znowu zrobię mu awanturę czy coś.
- No dobra, kiedy chcesz?
- Dzisiaj. O dwudziestej.
- O dwudziestej u mnie - zaproponowałam, w końcu na swoim terenie zawsze lepiej.
- Mieszkasz tam gdzie dawniej?
- Tak. Coś jeszcze?
- Nie, to wszystko. Isabel?
- Co?
- Dziękuję - rozłączył się. Ciekawe, czego znowu chce. Nie wiem czy to faktycznie był dobry pomysł żeby się z nim spotkać. No ale już po ptakach, zgodziłam się, ewentualne pretensje mogę mieć tylko i wyłącznie do siebie, no ale nie od dziś wiadomo, że najpierw robię, potem myślę, a na końcu... Na końcu zazwyczaj tego żałuję.
* * *
Czułem się jak bomba atomowa, która zaraz wybuchnie. Schodziłem z boiska cały wkurzony. Przegrywaliśmy dwiema bramkami. Cholera! Jak mogliśmy do tego dopuścić?! Jak ja mogłem do tego dopuścić?! To niewiarygodne! Cały się gotowałem. Już po nas. Już po marzeniach o półfinale Ligii Mistrzów. W pierwszym meczu na Estadio Vicente Calderón, Atletico pokonało nas 1:0. Teraz przegrywamy u siebie, nie damy rady tego odrobić, chyba, że nagle podczas przerwy stałby się jakiś cud, przeciwnicy zapomnieli jak się kopie piłkę, a my sobie to przypomnieli.
Przerwa zdawała się być tak krótka, że nawet nie zdążyłem pozbierać swoich myśli. Trener krzyczał coś do nas, ale ja byłem całkowicie wyłączony. Starałem się skupić, ale nic z tego. Jak mam niby myśleć teraz racjonalnie? Nagle dotarło do mnie, że przecież nie możemy się poddać. Musimy grać, walczyć do końca!
- Damy radę, chłopaki! Pokażmy im, na co nas stać! Nie możemy się poddać! - krzyczał Philipp. Miał rację, pokażemy im.
Piętnaście minut minęło jak z bicza strzelił. Na drugą połowę wyszliśmy zdeterminowani. Najpierw na boisku pojawili się piłkarze z Madrytu, potem my. Wszyscy szybko ustawili się na swoich pozycjach, dwóch przeciwników podeszło do piłki na środku boiska i zaczęło się.
Pierwsze kilka minut to była zwykła kopanina bez celu. Na szczęście rywale nie nacierali na nas tak bardzo, jak w poprzedniej połowie. W końcu coś nas olśniło, coś się stało i w pięćdziesiątej drugiej minucie zwiększyliśmy swoje szanse na awans! Wszyscy rzucili się na Müllera, strzelca pierwszej dla nas w tym spotkaniu bramki. Później było już tylko lepiej. W siedemdziesiątej dziewiątej minucie wyrównał Robben. Najpiękniejsza jednak chwila stała się w osiemdziesiątej trzeciej podstawowego czasu. W środku pola dostałem piłkę od Holgera, a następnie posłałem ją do Ribery'ego. Korzystając z tego, że w obrębie środka i pola karnego było jedynie kilku zawodników madryckich, szybko popędziłem w stronę bramki rywali. W tym czasie Franck podał do Krossa, który był na wprost bramki. Widząc, że bramkarz Atletico jest przygotowany na strzał Toniego, szybko podbiegłem z prawej strony kolegi, a ten sprytnie posłał piłkę do mnie. Goalkeeper Madrytu nabrał się i rzucił w stronę Toniego, a ja wykonałem strzał na pustą bramkę. 3:2! Na Allianz Arena zawrzało. Kibice skandowali moje nazwisko, chłopaki z drużyny rzucili się na mnie, wszyscy wpadliśmy w niesamowitą euforię. Idealnym zwieńczeniem była przypadkowa samobójcza bramka Atletico. No lepiej być nie mogło! Kto by pomyślał, że ten mecz tak się zakończy, sam nie mogę w to uwierzyć. Po zakończeniu razem z kibicami niesamowicie się cieszyliśmy, nie potrafię opisać tego, co tam się działo.
W szatni jeszcze przez dłuższy czas świętowaliśmy awans do półfinału.
Przeglądałam na internecie oferty mieszkań nieopodal centrum Monachium. Zdecydowałam się na sto procent, że sprzedam dom i przeprowadzę się do czegoś stanowczo mniejszego. Miałam już nawet potencjalnego nabywcę willi. Teraz pozostało tylko znalezienie czegoś odpowiedniego, załatwienie formalności i gotowe. Jeśli wszystko dobrze by poszło, to uwinęłabym się z tym w około tydzień, tak myślę. Niestety, jak na razie nic nie mogłam znaleźć. Siedziałam w ciszy popijając co jakiś czas kakao. Nagle rozległ się dźwięk mojego telefonu. Kompletnie się tego nie spodziewałam, podskoczyłam jak oparzona, tak mnie to wystraszyło.
- Słucham?
- Cześć Isabel! - usłyszałam w słuchawce radosny jak zwykle głos Ann. - Bardzo zajęta jesteś?
- W sumie to troszkę.
- Czyli pewnie nie dasz rady wyrwać się na kilka godzin?
- Oj nie, dzisiaj nie ma mowy. Właśnie szukam jakiegoś mieszkania do kupienia bądź wynajęcia, poza tym i tak jestem już na dzisiaj umówiona - Swoją drogą, która już godzina? Spojrzałam na zegarek i z ulgą odetchnęłam, gdyż była dopiero szesnasta czterdzieści dwie.
- Ech, to szkoda... Ale jak znajdziesz czas, to mój numer znasz. A czekaj, czekaj, czy ty powiedziałaś, że szukasz mieszkania?
- No tak...
- To się świetnie składa! Wiesz, teraz jak rodzina się nam powiększa, to i mieszkanie zmieniliśmy na większe, ale nie sprzedaliśmy starego. Praktycznie samo centrum. Nie jest wielkie, ale małe z pewnością też nie. Jeśli byś była zainteresowana, to chętnie mogłabym ci je sprzedać - powiedziała zadowolonym głosem.
- Naprawdę? Z nieba mi spadasz! No to może umówiłybyśmy się jutro, jeśli ci pasuje?
- Jasna sprawa. Tylko bardziej po południu... Ale pewnie tobie też wtedy wygodniej. O siedemnastej może być? U mnie w restauracji, akurat kończę pracę. Co ty na to?
- Jestem jak najbardziej za - zaśmiałam się.
- Świetnie, to jesteśmy umówione. No to ja już kończę, trzymaj się kochana, do jutra!
- Do zobaczenia, Ann! - pożegnałam się w wesołym nastroju i rozłączyłam się. Teraz więc sprawy mieszkania częściowo miałam z głowy, na chwilę obecną przynajmniej. Pozostało mi jedynie uzbroić się psychicznie na spotkanie z moim byłym, do którego z każdą minutą było coraz bliżej. Byłam rozbita. Z jednej strony go nienawidziłam za to wszystko, a z drugiej, nadal coś do niego czułam... Wiem, że to głupie i być może nielogiczne, ale tak jest...
Usłyszałem krzyk kobiety, zaraz później również mężczyzny. Odwróciłem się i wyszedłem poza ogrodzenie mojej posesji. Rozglądnąłem się i o dom dalej zobaczyłem JĄ. Wiedziałem, że już kiedyś ją widziałem, ale teraz nie miało to znaczenia. Kłóciła się z jakimś mężczyzną, krzyczała. Nie wiedziałem co robić, ale chciałem jej pomóc, uchronić ją.
W szatni jeszcze przez dłuższy czas świętowaliśmy awans do półfinału.
* * *
- Słucham?
- Cześć Isabel! - usłyszałam w słuchawce radosny jak zwykle głos Ann. - Bardzo zajęta jesteś?
- W sumie to troszkę.
- Czyli pewnie nie dasz rady wyrwać się na kilka godzin?
- Oj nie, dzisiaj nie ma mowy. Właśnie szukam jakiegoś mieszkania do kupienia bądź wynajęcia, poza tym i tak jestem już na dzisiaj umówiona - Swoją drogą, która już godzina? Spojrzałam na zegarek i z ulgą odetchnęłam, gdyż była dopiero szesnasta czterdzieści dwie.
- Ech, to szkoda... Ale jak znajdziesz czas, to mój numer znasz. A czekaj, czekaj, czy ty powiedziałaś, że szukasz mieszkania?
- No tak...
- To się świetnie składa! Wiesz, teraz jak rodzina się nam powiększa, to i mieszkanie zmieniliśmy na większe, ale nie sprzedaliśmy starego. Praktycznie samo centrum. Nie jest wielkie, ale małe z pewnością też nie. Jeśli byś była zainteresowana, to chętnie mogłabym ci je sprzedać - powiedziała zadowolonym głosem.
- Naprawdę? Z nieba mi spadasz! No to może umówiłybyśmy się jutro, jeśli ci pasuje?
- Jasna sprawa. Tylko bardziej po południu... Ale pewnie tobie też wtedy wygodniej. O siedemnastej może być? U mnie w restauracji, akurat kończę pracę. Co ty na to?
- Jestem jak najbardziej za - zaśmiałam się.
- Świetnie, to jesteśmy umówione. No to ja już kończę, trzymaj się kochana, do jutra!
- Do zobaczenia, Ann! - pożegnałam się w wesołym nastroju i rozłączyłam się. Teraz więc sprawy mieszkania częściowo miałam z głowy, na chwilę obecną przynajmniej. Pozostało mi jedynie uzbroić się psychicznie na spotkanie z moim byłym, do którego z każdą minutą było coraz bliżej. Byłam rozbita. Z jednej strony go nienawidziłam za to wszystko, a z drugiej, nadal coś do niego czułam... Wiem, że to głupie i być może nielogiczne, ale tak jest...
* * *
Po meczu, który skończył się około szesnastej czterdzieści pięć nieźle zabalowaliśmy. Było wpół do dziewiątej, a ja dopiero wracałem do domu. Włączyłem głośno muzykę i nie przejmowałem się niczym. Nawet nie wiem kiedy dojechałem do domu. Zaparkowałem przed garażem i wysiadłem z samochodu. Rozpierała mnie energia. Chyba już nic nie może zepsuć mi tego dnia!
- Nienawidzę cię, wynoś się stąd i nie pokazuj mi więcej na oczy!!!
- Bella, poczekaj, zrozum...
- Nie, to ty zrozum, nie chcę cię już nigdy widzieć, daj mi spokój raz na zawsze!
- Daj mi dojść do słowa...
- Powiedziałeś już wystarczająco za dużo. Wynoś się stąd!
- Bella, ty nie rozumiesz!
- To ty nic nie rozumiesz, jesteś tylko nic nie wartym ćpunem i nic więcej, a ja nie chcę być taka jak ty, idź do tych swoich naiwnych przyjaciółek, one nabierają się na te tanie chwyty, ale ja nie, skończyło się, jesteś jedynie egoistą! - próbowała opanować głos, więc nie słyszałem całości co mówiła, jednak mężczyzna strasznie się wkurzył. Czułem, że nie mogę tego tak zostawić i szybkim krokiem zacząłem się do nich zbliżać.
- Przesadziłaś! - krzyknął na nią i szarpnął ją. Próbowała się osłonić. Uderzył ją. O nie, tego było za wiele, nie wytrzymałem. Podbiegłem tam i doprowadziłem do bardzo bliskiego spotkania mojej pięści z jego twarzą. Chyba rozwaliłem mu nos. Próbował mi oddać, jednak nie dał rady, krzyknął coś, ale nie zwróciłem już na to uwagi. Odszedł.
- Nic ci nie jest? - od razu podbiegłem do kobiety.
- Nie, nie, dziękuję... - chowała twarz w rękach, pewnie nawet nie miała świadomości kim jestem. - Dziękuję, że mnie obroniłeś... Gdyby nie ty... On jest nieobliczalny - mówiła powoli.
- Nie masz za co dziękować. Nie mógłbym pozwolić, żeby na moich oczach on kogoś pobił, a już z pewnością nie kobietę - odsłoniła twarz. Popatrzyła na mnie z lekkim niedowierzaniem. Uśmiechnęła się lekko. - Mogę ci jakoś pomóc?
- Masz może lód? Chyba trochę się przyda - powiedziała dotykając obolałego policzka.
- Mam, chodź - wskazałem kierunek głową, po czym wolnym krokiem udaliśmy się w stronę mojego domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz